poniedziałek, 30 marca 2015

:)

Jak widzę znowu zainteresowanie opowiadaniem jest znikome.

Słuchajcie kochani. To nie ma sensu żebym upominała się o komentarze.
Zauważyłam od kilku wpisów, że nie ciągnie Was do komentowania i czytania.

Z PRZYKROSCIĄ STWIERDZAM, ŻE ZAWIESZAM BLOGA. 😢

Ruszyliśmy z kopyta, że tak powiem, a teraz cisza.
Wiem, że jest też w tym moja wina z częstościa dodawania rozdziałów, ale dla kogo mam je dodawać? Dla dwóch czy trzech osób? ( mówię to od tak.) Oby to nie było prawdą. Ale nawet jeśli to takim osobom mogę wysyłać rozdziały na maila. 
Ask i Twitter tak samo milczą.
Eh.
Przykro mi z tego powodu.

Do następnego. 
Ann.

niedziela, 29 marca 2015

25. " They're there! "

Madison's POV :

Jak długo można czekać na miłość? Jak długo można oczekiwać, że w końcu na twojej drodze pojawi się ktoś odpowiedni? Kiedy wciąż o tym myślisz nic takiego się nie zdarza, nic nawet nie wskazuje na to, że spotka cię miłość. Rezygnujesz z niej, przestajesz w nią wierzyć tylko i wyłącznie dlatego, że twoje oczekiwania nie zostały spełnione tak szybko jakbyś tego chciał. 
A ja zaczęłam powoli wierzyć. 
Zaczęłam w to wierzyć w momencie, kiedy Justin zrzucił ze mnie tego faceta, Spencera i schował w bezpiecznym miejscu. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ 

Otworzyłam oczy nad ranem. 
Leżałam na dużym łóżku w apartamencie hotelowym, a obok mnie leżał Justin. Wciąż mieliśmy na sobie wczorajsze stroje. Moja sukienka pięknie wyglądała na białej pościeli. Uniosłam się delikatnie do pozycji siedzącej i zobaczyłam, że Justin wciąż ma na sobie garnitur i ciasno zapiętą muchę na szyi. Uśmiechnęłam się delikatnie, po czym powoli sięgnęłam do materiału uciskającego jego krtań, żeby delikatnie go poluźnić, ewentualnie zdjąć.


Pierwsza nad ranem. 
Byliśmy już dosyć zmarznięci, dlatego postanowiliśmy wrócić do mojego apartamentu. Chociaż odnosiłam wrażenie, że nie należy do mnie, ponieważ Justin wchodził do niego jak do siebie. Uśmiechnęłam się widząc utęsknione, miękkie i wygodne łóżko, dlatego opadłam na nie bez zbędnych ceregieli. Nagle poczułam jak ktoś delikatnie chwyta moją prawą nogę i unosi do góry. Justin. Delikatnie ucałował moją kostkę, a następnie zdjął eleganckie szpilki z moich stóp. Poczułam jak powoli się na mnie wspina, męcząco powoli. 
Zobaczyłam jego uroczy uśmiech, kiedy znalazł się nade mną. 
- Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś. - mruknął. 
Jego piwne oczy uśmiechały się wspólnie z jego wargami. Powędrowałam swoją dłonią na jego policzek i delikatnie zaczęłam gładzić jego gładką skórę. Miał zaróżowione policzki, zapewne od wina, które wypił jakiś czas temu na dole. Pachniał męskimi perfumami ze szczyptą alkoholu z wina, a przede wszystkim pachniał sobą. 
- Jestem tutaj - szepnęłam wpatrując się w iskierki tańczące w jego źrenicach. Iskierki szczęścia? Takie odnosiłam wrażenie, kiedy tylko patrzyłam w jego oczy. 
- Tak bardzo chcę cię pocałować.- powiedział, na co ja rozchyliłam z zaskoczenia usta. Nie spodziewałam się takiej wypowiedzi i bezpośredniości. Ale taki był już Justin. 
Ale właśnie za to go kochałam. Za to jaki jest, za to jak mnie traktował, za to, że jest po prostu Justinem Bieberem-  chłopakiem, którego nigdy nie będziesz w stanie poznać do końca, o którym nigdy nie dowiesz się tyle ile chcesz wiedzieć i który za każdym razem będzie zaskakiwał cię coraz bardziej.
Uniosłam delikatnie swoją głowę i musnęłam usta chłopaka zachęcając go do pocałunku. Pogłębił go z uśmiechem, cicho mrucząc.

Justin przekręcił się delikatnie, kiedy zdjęłam jego muszkę z szyi. Usiadłam powoli i bezszelestnie na łóżku tuż obok chłopaka i zaczęłam przeplatać muszkę pomiędzy palcami.

Chwyciłam delikatnie muszkę na szyi Justina, a chwilę później wsunęłam palec wskazujący pomiędzy ciepły materiał, a jego skórę. Jej kolor idealnie pasował do koloru mojej sukienki, która pięknie mieniła się podczas kolacji, na której byliśmy kilka godzin temu. Nagle chłopak zsunął swoje usta na moją szyję, na co ja zassałam głośno powietrze. 
- Te znaki są okropne, to nigdy nie powinno się stać - szepnął Justin w moją skórę wielokrotnie naznaczoną przez moich oprawców.. Chłopak uniósł swoją twarz i spojrzał wprost w moje oczy. W karmelu jego oczu dojrzałam smutek i ból, duży kłujący ból. Uśmiechnął się delikatnie, a następnie złożył delikatny pocałunek na moich wargach . 
- To moja wina- szepnął.  
- Justin.. 
- Tak, to moja wina i oboje o tym wiemy. Gdybyś nie wybiegła wtedy z tego pieprzonego klubu... i gdybym ja tego nie zrobił... To by się nie stało. - mówił.  
Zmarszczyłam brwi w zastanowieniu nad jego słowami.  Przypomniałam sobie to wszystko. To nieprzyjemne uczucie, kiedy zobaczyłam tą dziewczynę na nim, jak byli nadzy, jak na siebie patrzyli.  
Ułożyłam dłonie na ramionach Justina pchajac go,żeby ze mnie zszedł.  Jednak on pochylił się nade mną jeszcze bardziej.  
- Mad...
- Justin, nie. Nie chcę o tym rozmawiać.  
- Porozmawiajmy o tym i miejmy to z głowy.  Nie będziemy musieli do niego wracać. 
Patrzył na mnie tymi swoimi karmelowymi oczami. 
- Przez miesiąc cię szukałem. Ciągle miałem nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mógł mieć cię przy sobie. A ty jesteś tutaj... 
- Justin. Tak bardzo się bałam - szepnęłam i schowałam swoje twarz w jego szyję po tym jak pociągnęłam go na siebie.  
Zablokował się dłońmi nie chcąc na mnie napierać.  
- Nie jestem ze szkła. 
Po moich słowach Justin delikatnie opadł na mnie i przytulił mnie do siebie.  
- Kocham Cię Madison. To takie popieprzone. 
Ale Kocham cię całym swoim jebanym i zimnym sercem.  


Patrzyłam na muszę, którą trzymałam między palcami.  Ten chłopak naprawdę jest niesamowity. Zadziwiający... przede wszystkim.  Spojrzałam na niego. 
Spał z delikatnie rozchylonymi ustami. Wyglądał tak słodko i beztrosko. 
Postanowiłam zrobić mu zdjęcie.  Kiedy wrócę do domu prześlę je sobie na swój iPhone. Chwyciłam telefon leżący na stoliczku nocnym i przesunęłam kciukiem po ekranie odblokowując go. Włączyłam aparat i delikatnie podniosłam się na kolana i ustawiłam odpowiednio kadr aparatu. Z uśmiechem zrobiłam zdjęcie, a właściwie kilka zdjęć i usiadłam powoli i bezszelestnie obok jego ciała.  Drżały mi ręce od podeksytowania tym faktem. Głupie, prawda? No ale cóż.  Nikt mnie tutaj nie widzi wiec mogę się bawić.  
Nagle telefon Justina zaczął dzwonić.  Wzdrygnęłam się, ale po chwili wyciszylam dźwięk. Numer telefonu na ekranie był numerem mojego ojca. 
- Kto to? - mruknął zaspany Justin.  
- Mój ojciec. Chyba - odpowiedziałam.  
- Odbierz.  
Justin podniósł się i spojrzał na mnie wyczekująco z zaspanym wyrazem twarzy. 
- Halo?  - powiedziałam przykładając telefon do ucha. 
- Madison. Jestem już w hotelu.
Moment... skąd mój ojciec wiedział, w którym hotelu jestem? Spojrzałam na Justina . To na pewno dzięki niemu.  Jak ja się mu odwdzięczę?  
- Um .  
- Czekam przy recepcji . 
Z uśmiechem na twarzy rzuciłam telefon Justina na jego kolana i szybko wybiegłam z pokoju. Nie obchodziło mnie to, że nie mam butów, że jestem w sukni wieczorowej. Nic. Biegłam ile sił w nogach do windy. Stanęłam naprzeciwko srebrnych drzwi i nacisnęłam przycisk.  
Szybciej. Szybciej.
Rzuciłam się do dalszego biegu. Kiedy miałam już zbiegać usłyszałam piknięcie windy i otwieranie drzwi.  Zawróciłam i szybko wbiegłam do windy. Nacisnęłam przycisk oznaczający parter i czekałam aż winda ruszy w dół.  Ruszyła.  
Szybciej. Szybciej. 
Dziesiąte piętro. 
Zamknęłam oczy oddychając głęboko. 
Siódme piętro.  
Winda zatrzymała się wpuszczając roześmianą parę. Patrzyłam na nich obojętnie tak samo jak oni na mnie.  
Czwarte piętro.  
Trzecie.  
Para wysiada. Wydobywam z siebie ciężki oddech czując jak serce dostaje palpitacji. 
Pierwsze. 
Szybciej.  Szybciej. No. 
- Parter- odezwał się głos w windzie. Wybiegłam szybko z windy biegnąc do recepcji. Tatusiu . Gdzie jesteś?  
Zatrzymałam się widząc dwóch mężczyzn przy recepcji. 
Jeden z nich odwrócił się, żeby się rozejrzeć . O nie.  Ta twarz. Po chwili w moją stronę odwrócił się drugi. To Drew i John. O nie. Nie nie nie. Gdzie mój ojciec?! 
Rzuciłam się do ucieczki. Szybko podbiegłam do windy. Pojawiła się wręcz błyskawicznie, a ja szybko wskoczyłam do środka. 
Kiedy drzwi się zamykały zobaczyłam jak Drew biegnie w moją stronę. Nie, nie, nie. 

Chwilę później znalazłam się na swoim piętrze. Wbiegłam szybko do apartamentu. W progu drzwi łazienki stał Justin osuszający swoje mahoniowe włosy. Szybko przebiegłam na drugi koniec pokoju, później na inny, na inny i tak wkoło. W końcu Justin chwycił mnie za rękę.  
- Mad?  
- Oni. . Jus... Oni tam są.  Chodźmy stąd. Chodźmy. - ponaglałam, ale Justin wydawał się być obojętny.  
- Kto? - szepnął.
- Oni.. No ci, co... - pokazalam na swoje rany i naznaczenia na szyi- Justin, proszę.  Błagam. Chodźmy.  
Zauważyłam jak po moich słowach oczy Justina pociemniały a szczęka zacisnęła się w groźny sposób.  Pocałował mnie szybko w czoło i ruszył w kierunku drzwi z mokrym włosami.  
- Gdzie idzi- ?  
- Sprawdzę to.  Zaraz wrócę.  
Po chwili szybko zniknął za drzwiami. 
Minuta. 
Dwie.
Trzy. 
Czte... 
Drzwi otworzyły się, a do środka wszedł Justin z jakimś dziwnym uśmieszkiem, a za nim do pokoju weszło dwóch mężczyzn.  Szybko przyparłam się plecami do ściany i zaczęłam krzyczeć.  
- Nie! Zostawcie mnie! - wrzasnęłam na cały pokój.  
- Madison - szepnął Justin. Z bólem?  Jest mu przykro bo przyprowadził te zwierzęta tutaj?  
-Zostaw mnie zdrajco! 
Krzyknęłam, a w tym momencie jedna z postaci zaczęła się do mnie przybliżać. 

niedziela, 8 marca 2015

24. " - Thank you. - For? -For all. "

Justin's POV:

Madison wyglądała zjawiskowo w długiej granatowej sukni. Jej cera rozświetliła się, co powodowało, że uśmiechałem się sam do siebie jak skończony idiota. Jej twarz odzyskiwała swoje naturalne odcienie, lekko zarumienione policzki i piękny malinowy kolor ust.
Ta dziewczyna jest zjawiskowa, a sukienka, którą ma na sobie jedynie uwydatniała jej urodę i figurę.
- Madison, to Bruce i Peter. Kumple po fachu-  powiedziałem żartobliwie, a z moichh ust uleciał przyjazny śmiech. Powiedziałem to po raz drugi chcąc nawiązać jakąkolwiek rozmowę.
Widziałem, że chłopakom niezbyt podobał się pomysł spędzenia wieczoru w ekskluzywnej restauracji w garniturach i dobrze się zachowując. Bruce siedział cały spięty co chwile poluzowując swój krawat, a Peter bawił się mankietem swojej koszuli. Przewróciłem oczami widząc ich zachowanie.
- Czy mogłabym odebrać od państwa zamówienie?
Podniosłem głowę i zobaczyłem uroczą blondynkę z włosami spiętymi w kok, ubraną nienagannie i patrzącą na nas wyczekująco. Czy wszystkie kobiety będące w obsłudze tego hotelu są blondynkami?
- Tak. Poprosimy...
- Ja poproszę frytki i hamburgera- powiedział szybko Peter, na co czubek mojego buta zderzył się z jego piszczelem. - Au.
Wysłałem mu ostrzegające spojrzenie, a następnie spojrzałem na kelnerkę.
- Poprosimy cztery razy Pinnekjøtt, a do tego dobre wino. Niech Pani coś poleci, zdajemy się na pani gust- powiedziałem najłagodniej i najprzyjaźniej jak umiałem, a kelnerka szybko zapisała coś w swoim notesiku i odeszła kulturalnie informując, że zaraz przyniesie wino.
- Czym do chuja jest Pinekjott?! - warknął Peter patrząc na mnie, a ja poczułem drobną dłoń Madison na moim kolanie.
Zacisnąłem szczękę i spojrzałem na nią. Patrzyła na mnie przerażona, tak jakby bała się tonu Petera.
- Uspokój się- powiedziałem niskim głosem do Petera i oczami wskazałem na Madison. Wzrok Petera padł na skuloną postać Madison i od razu złagodził się.
- Przepraszam Madison - powiedział Peter patrząc na dziewczynę z przepraszającym uśmiechem. - Po prostu ten dupek, Bieber, zamówił coś o czym nigdy nie słyszał.
- Słyszałem, a nawet jadłem- powiedziałem spokojnie i z dumnym uśmiechem.
Madison spojrzała na mnie nie rozumiejąc.
- Pinnekjøtt to tradycyjna potrawa norweska. Żeberka jagnięce z kiełbaskami i purée z ziemniaków i brukwi.
- Wow - powiedziała Madison z uśmiechem.
Zobaczyłem jej uśmiech po raz pierwszy od kilku tygodni, co spowodowało, że zrobiło mi się ciepło na sercu. Zaśmiałem się łagodnie i pochyliłem się w stronę dziewczyny delikatnie całując jej usta.
Poczułem jak się uśmiecha pod moimi wargami.
- Ekhm - chrząknął Bruce.- Madison może powiesz nam coś o sobie?
 Chwyciłem Madison za dłoń gładząc kciukiem wnętrze jej dłoni.
- No to... - zaczęła Madison, ale przerwała nam para kelnerów, która przyniosła butelkę wina, lampki oraz nasze zamówienie. Dziewczyna odchrząknęła stremowana i spuściła głowę.
Podziękowaliśmy za posiłek i zabraliśmy się za jedzenie.
Było pyszne, rozpływało się w ustach. Spojrzałem na Madison, która z apetytem jadła każdy element potrawy, jadła tak szybko.
- Madison - powiedziałem schylając się do jej ucha. - Nie musisz tak szybko jeść, nikt cię nie goni. Spokojnie, bo to niezdrowe - powiedziałem patrząc na nią.
Zrobiła duże oczy przypominając sobie, że jest ze mną i nie musi się spieszyć. Uśmiechnęła się łagodnie i przyjaźnie prostując się i zaczynając jeść spokojnie.
- A wy? - zapytała Madison.
Spojrzeliśmy na nią zainteresowani jej pytaniem.
- No jak się poznaliście. We trzech.
Zaśmiałem się patrząc na chłopaków nie wiedząc, czy odpowiedzieć na to pytanie.
- Znamy się od dzieciaka, mieszkaliśmy na tej samej dzielnicy, później nasz kontakt się urwał i znaleźliśmy się w Nowym Jorku na jednej z imprez. Postanowiłem otworzyć własny klub i zaprosić ich do współpracy. - odpowiedziałem patrząc na chlopaków.
- Taka prosta historyjka? A co z biznesem? - zapytała, na co Bruce zadławił się puree z ziemniaków.
Spojrzałem na niego, a po chwili na Madison.
- Madison, to już nie jest twoja sprawa - powiedziałem zaciskając szczękę.
- Ale chyba powinnam coś wiedzieć, prawda?
- Nie.
Bruce i Peter wpatrywali się we mnie wyczekująco.
- Przepraszam cię, Madison, na chwilę - powiedziałem i wstałem idąc w kierunku korytarza. Kątem oka zobaczyłem jak Bruce i Peter także wstali i ruszyli za mną. Stanąłem koło windy i poprawiłem swoje włosy postawione na żel przeczesując je palcami.
- Bieber, kurwa, co ty jej powiedziałeś?! - wrzasnął Bruce patrząc na mnie.
- Uspokój się, nie tutaj idioto. Nic takiego jej nie powiedziałem.
Bruce spojrzał na mnie krzyżując ręce na klatce piersiowej. Uniósł brwi w niedowierzaniu.
- Dobra- powiedziałem unosząc ręce poddając się - wie o klubie i o narkotykach. Kurwa, nie pamiętam co jej jeszcze mówiłem. Ale Bruce nie mam najmniejszej ochoty ukrywać się przed nią. Chcę, żeby wiedziała kim jestem, ja pierdole!
- Ale ona może być niebezpieczna - powiedział Peter.
- W czym? - warknąłem w jego stronę. - Widzisz jak ona wygląda? Ona jest osłabiona, przerażona, zdołowana. Nie wie co się dzieje wokół niej, a wy podejrzewacie, że jest niebezpieczna? Kilka godzin temu prawie utopiła się w wannie!
- W wannie? - zapytał Bruce parskając śmiechem.
- Spierdalaj.
Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę stolika, przy którym zostawiliśmy Madison. Usiadłem obok niej i zobaczyłem jak grzebie widelcem w jedzeniu będąc nieobecna. Wpatrywała się w jagnięcinę powoli ją nakłuwając na widelec, a następnie zdejmując i tak cały czas.
- Madison... - szepnąłem, a ona powoli spojrzała na mnie i uśmiechnęła się delikatnie.
- Gdzie uciekłeś? - powiedziała smutno.
- Musiałem coś wyjaśnić chłopakom. Już jestem. - powiedziałem łagodnie i nalałem wina do kieliszka Madison.
Uniosłem delikatnie lampkę z winem patrząc z uśmiechem w oczy dziewczyny. Zrobiła to samo.
- Za to, że się znalazłaś.
Uśmiechnęła się, a ja uniosłem jej dłoń do swojej i delikatnie ucałowałem chłodną skórę. Uniosłem wzrok i zobaczyłem jak się we mnie wpatruje.
Stuknęliśmy się delikatnie kieliszkami, a szkło zabrzęczało subtelnie.
- Za nas, Justin. Za nas. - szepnęła, a ja uśmiechnąłem się jak ostatni idiota.
- Dajesz mi szansę po tym, co ci zrobiłem?
Pokiwała powoli i spokojnie głową, a ja uśmiechnąłem się ponownie. Westchnąłem radośnie i pochyliłem się w jej stronę.
- Kocham Cię - szepnąłem w jej usta, a następnie delikatnie je musnąłem swoimi wargami.
Uśmiechnęła się w moje usta i odwzajemniła pocałunek, powoli i czule, tak jakby nie bała się żadnego kontaktu, gdyby nic więcej się nie wydarzyło.
- Ja Ciebie też. - odpowiedziała przerywając na sekundę pocałunek.
Rozchyliłem usta nie wierząc do końca w to co słyszę. Uśmiechnąłem się i ucałowałem krótko miękkie wargi Madison.
- Dokończymy kolację w pokoju? - zapytałem widząc, że Bruce i Peter wracają do stolika.
- Okej - powiedziała nie do końca rozumiejąc skąd wziął się mój pomysł.
Nie miałem ochoty patrzeć jak Bruce obrzuca mnie pretensjonalnym spojrzeniem.
Wstałem pomagając Madison się podnieść i chwyciłem ją w pasie.
- Gdzie idziesz, Bieber?
- Musimy porozmawiać. Weź rachunek i zapłać- powiedziałem kładąc dwa studolarowe banknoty na stole i spojrzałem na Bruce'a.
Razem z Madison wyszliśmy z restauracji i ruszyliśmy w stronę windy.
Do głowy wpadł mi pewien pomysł, dlatego szybko zmieniłem kierunek naszego spaceru i ruszyłem w kierunku pomieszczenia dla personelu. Kiedy przekroczyliśmy próg Madison szarpnęła mnie, żeby się wycofać.
- Justin, nie - szepnęła.
- Chodź.
- Nie.
Zaśmiałem się i wziąłem Madison na ręce, a następnie przerzuciłem przez ramię prowadząc do windy dla personelu. Nacisnąłem poziom 15a wiedząc, że jest to najwyższe piętro.
- Puść mnie.- powiedziała Madison zaczynając się szarpać.
- Nigdy w życiu.
Kiedy znaleźliśmy się w windzie postawiłem dziewczynę na ziemię i zaśmiałem się widząc jej oburzoną minę.
- I jak stąd teraz wyjdziemy? - powiedziała wyrzucając ręce w powietrze.
- Za dużo mówisz.
- Co?
- Za dużo mówisz. Jak mi zaufasz to nie pożałujesz.
Madison patrzyła na mnie zaciekawiona. Pokiwała powoli głową w zrozumieniu i oparła się o ścianę naprzeciwko mnie.
- Jeżeli wyjdziemy w tego żywi to obiecuję, że...
- Że? - zapytałem unosząc do góry brwi.
- Że cię zabiję - warknęła zaciskając następnie usta w wąską linię.
- Chciałbym to zobaczyć- zaśmiałem się, a w tym momencie winda wjechała na wybrane przez nas piętro.
Byliśmy na dachu wieżowca, w którym znajdował się hotel, w którym się zatrzymaliśmy. Chwyciłem Madison za dłoń i wprowadziłem dalej na taras widokowy. Chyba.
- Justin... - powiedziała zachwycona Madison wpatrując się w nocną panoramę Oslo, która znajdowała się pod nami.
- Pięknie, nie? - szepnąłem do jej ucha stojąc za nią.
Pocałowałem delikatnie jej ucho, a ona wtuliła się w moją klatkę piersiową.
- Dziękuję - szepnęła w powietrze.
- Za co?
Staliśmy wpatrzeni w piękną panoramę Oslo pozwalając owiewać się nocnym wiatrem w połowie czerwca.
- Za wszystko.

____________________________________

Mamy następny.
Jak Wam się podoba? Sądzicie, że Justin nie zmarnuje szansy, którą właśnie dostał?
Tak wgl... czy ktoś spodziewał się, że nasz Justin potrafi być taki romantyczny?
Aww.

#love
Ann. 

sobota, 28 lutego 2015

23. " I smiled , feeling lucky. I felt much better. Thanks him "


Madison's POV :

- Justin.
Wstałam zaczynając biec w stronę balkonu, co chwilę potykałam się i upadalam na podłogę. Tylko nie to. Tylko nie to.
- Justin, nie! - krzyknęłam widząc ciało leżące na podłodze balkonu.
Wybiegłam całkiem naga na zewnątrz i upadlam na kolana tuż przy ciele Justina. - Justin, proszę cię. Dlaczego? Justin. Dlaczego? - płakałam głośno kleczac przy jego ciele i bojąc się go dotknąć.
- A dlaczego ty chciałaś mnie zostawić? - spojrzałam na ciało i zorientowałem się, że nie głos nie dochodzi stąd. Odwróciłam się w stronę, z której dochodził głos i zobaczyłam Justina stojącego na barierce balkonu. Zbajdowalismy się na 11 piętrze, co było niebezpieczne. Szybko pociągnęłam go w dół za koszulkę przez co zeskoczył na balkon.
- Co ty... zro...
- Dlaczego chcesz mnie zostawić? - zapytał stanowczo.
- Bo... nie daję sobie rady. Nie. .. umiem.
- Będę przy tobie. Obiecuję.
Powiedział i zlaczyl nasze usta ze sobą w powolnym i czułym pocałunku. Nagle poczułam jak okrywa mnie zimną pościelą.
Spojrzałam na niego marszczac brwi i nie rozumiejąc.
- Moje nieżywe ciało. - powiedział żartobliwie ponownie łącząc nasze usta. Był tak delikatny i cierpliwy. Czułam jak delikatnie mnie przytula, a ja skrzywiłam  się czując ból w zebrach. 
- Jak... ty.. 
- Sh. To jest powód do tego, żebyś czasami myślała. Tak samo czułem  się jak zobaczyłem ciebie w tej pieprzonej  wannie.
Zmarszczylam  brwi patrząc w jego oczy. 
- Masz już mnie nie straszyć.  Będę przy Tobie, Madison.  - szeptał  patrząc  mi w oczy z uśmiechem, który był poprawą  mojego nastroju.
Zatrzęsłam  się z zimna. Nadal byłam okryta samą  kołdrą.
- Chodź.  Zaraz przyjdzie lekarz.
Powiedział Justin patrząc na zegarek na swoim lewym nadgarstku.  Ubrany w czarne spodnie i koszule w kratkę wyglądał niesamowicie kusząco. Jego włosy były starannie postawione na żel.
Karmelowe oczy wpatrywały  się w moje piwne.
- Lekarz? - zapytałam szeptem. 
- Tak. Chodź. 
Podnioslam  się chwytając  kołdrę i wchodząc do pokoju. Przygryzłam  warge  przyglądając  się chłopakowi jak robi porządek w pomieszczeniu. Poruszał się zgrabnie i męsko. 
Zamknelam  drzwi balkonowe, a nagle ktoś zapukał do drzwi. Justin otworzył je i wpuścił do lekarza.
Mężczyzna był ubrany w elegancki płaszcz, a w swojej dłoni trzymał skórzaną torbę. Był średniego wieku, wyglądał tak na około 47 lat.
- Dzień dobry, panie Bieber - powiedział mężczyzna basowym  głosem i wszedł dalej do pokoju.- Pani?
- Madison. Madison Beer - wyjaśnił szybko Justin patrząc w moją stronę.
Pokiwałam szybko głową zgadzając się z tym, co powiedział chłopak.
Lekarz powoli podszedł do mnie z sympatycznym uśmiechem na twarzy.
- Dobrze. Czego więc ma dotyczyć to badanie, panie Bieber? Ponieważ nie wiem na czym się skupić.- powiedział siadając przy stoliku  w salonie i nakładając okulary.
- Chcielibyśmy wiedzieć, czy wszystko dobrze... Znaczy... Czy obrażenia na ciele są jakimś zagrożeniem- powiedział powoli Justin.
- No dobrze. Proszę mi się pokazać.
Moje źrenice rozszerzyły się pokazując mój strach.
Nie ma mowy. Nie pokażę nikomu swojego ciała.  Jest takie szpetne. 
- Madison. - szepnął Justin.
Lekarz  zmarszczyl  brwi w zastanowieniu.
- Nie Justin. Nie zrobię tego.
Te słowa wyszły z moich ust w tak bolesny sposób, że nie mogłam już nic powiedzieć. Czułam jak mój głos się załamuje, a ja zaraz wybuchne  płaczem.
- Madison - powiedział nisko Justin, tak jakby tracił do mnie cierpliwość. 
Justin, nie. Nie wybuchaj.
- Panie Bieber, sądzę, że tutaj potrzebna jest rozmowa. Proszę, niech pani siadzie i ze mną porozmawia.
Spojrzałam na Justina i powoli usiadłam na krześle naprzeciw mężczyzny. Przygryzłam dolną warge i wzięłam głęboki oddech.
- No dobrze. Proszę mi powiedzieć... Jakie obrażenia ma pani na ciele?
Zamknelam  oczy nie chcąc o tym myśleć. 
- Sińce, nadgryzienia, naznaczenia, przecięcia - powiedział szybko Justin, czym zwrócił naszą uwagę i jednocześnie z lekarzem spojrzelismy w jego stronę.
- Czy mógłbym zobaczyć te przecięcia? - zapytał delikatnie lekarz. 
Pokiwalam powoli głową i wstałam pokazując rozcięcie na zebrach. 
Lekarz powoli podszedł do mnie, przysunal  krzesło i usiadł wpatrując się w ranę.
- Rana dosyć głęboka, około 3 centymetrów na oko, nożem, albo innym tepym narzędziem. Ma pani dużego siniaka pod żebrami.
Słuchałam słów lekarza wpatrując się w Justina. Chłopak siedział na łóżku i patrzył na moje obrażenia ze wstydem i niepokojem w oczach, jego szczęka regularnie zaciskała się i rozluźniała, a pięści pozostawały zwinięte w pięści.
Mój biedny Justin.
- Mogłaby mi pani powiedzieć skąd te obrażenia? - zapytał nagle lekarz opatrujac moją ranę, która zaczęła delikatnie piec.
Pokiwalam głową i oblizałam delikatnie usta.
- Zostałam porwana. Zgwałcona i... - tutaj mój głos załamał się, a lekarz gestem  dłoni pokazał, żebym przestała mówić.
Zamknelam oczy, a tamten cholerny  dzień znowu pojawił się w mojej głowie. 

Wybiegłam z klubu i nagle wpadłam na kogoś.
- Ym, przepraszam. -powiedziałam i odsunelam sie, żeby pójść dalej.
- Hej. Wszystko w porządku?
Usłyszałam męski głos. Kiedy podniosłam głowę zobaczyłam przystojnego blondyna z uroczym uśmiechem.
- Tak. Dzięki.
- Może się przejdziemy? - zapytał z delikatnym uśmiechem, a ja czułam jak moje policzki płoną.
Obejrzałam się, żeby spojrzeć w stronę klubu, ale przypomniałam sobie to co miało miejsce w klubie, co widziałam.
Ruszyliśmy w nieznanym mi kierunku. Kamienice wyglądały tu coraz bardziej obskórnie dlatego delikatnie się spielam. Chłopak to zobaczył i zatrzymał się. Zaczął się śmiać.
-Coś jest nie tak? -zapytałam z delikatnym uśmiechem, jednak jedyne co chwile później widziałam to ciemność.
Obudziłam się w obskórnym pomieszczeniu.

Przygryzłam  mocno dolną warge jednak czując jak zaczyna mnie piec przestałam i puściłam ją spomiędzy moich zębów. Zacisnelam szczękę i spojrzałam na Justina.
- Obrażenia nie są groźne, proszę jedynie zmieniać opatrunek dwa razy dziennie. A co do żeber... proponuje prześwietlenie. Nie jestem pewien, ale mogą być złamane.
Oh.  No tak. Zapomniałam, że nie raz byłam kopana wszędzie gdzie tylko się dało.  Osunelam się na krzesło zaczynając cicho płakać. Lekarz odchrząknął cicho i wstał.
- Dziękuję panu, panie Benson. - powiedział Justin i pożegnał się z mężczyzną. 
Usłyszałam zamykanie się drzwi.
- Madison...- dłoń Justina delikatnie dotknęła mojego nadgarstka, żeby odsunąć go od mojej twarzy.
- Nie patrz na mnie! - krzyknęłam.
- Madison, kochana Madison. Spokojnie już. Chodź, mam niespodziankę. Nie zdążyłem ci jej pokazać, ponieważ postanowiłas się podtopić. - szepnął przyciągając moją prawą dłoń do swoich ust i całując delikatne moje knykcie.
Spojrzałam na niego. Jego uśmiech mógłby rozświetlić całe pomieszczenie.
Delikatnie uniósł mnie do góry, żeby mnie  nie skrzywdzić.
Prowadził mnie przez cały apartament w kierunku dużej szafy niedaleko Łazienki.
- Zamknij oczy- szepnął  stojąc za mną, a chwilę później odsuwając się ode mnie.
Usłyszałam jak otwiera szafę i wyjmuje z niej jakąś folię, spanikowana zastanawiałam się co to może być.
- Otwórz. - mruknął, a ja po chwili pozwoliłam moim powiekom się podnieść.
Justin trzymał w dłoniach wieszak z piękną, elegancką sukienką maxi, która blyszczala jak gwiazdy na niebie. Subtelnie. Była delikatnie wykrojona w dekolcie, z długimi rękawami i delikatnym rozcięciem na prawej nodze. Na podłodze stało pudełko, a na nim piękne czarne szpilki oraz czarna kopertówka. 
Kiedy on to wszystko kupił? No.. i ile to musiało kosztować?
- Ju...- zaczęłam, jednakże chłopak przerwał mi podchodząc do mnie i zaczynając delikatnie mnie całować. Odwzajemniłam pocałunek z uśmiechem.
- Znam twoje pytanie. Kiedy zdążyłem to kupić?
Pokiwalam szybko głową będąc zaskoczona jego domyślnością.
- Otóż... Widziałem ją w sklepie niedaleko hotelu na wystawie. Wysłałem po nią Petera.
Nie rozumiem... Jak on... co? Kto?!
- Ubieraj się.  Idziemy na kolację - mruknął w moje usta przejeżdżając po dolnej wardze kciukiem.
Kolacja? Justin nie wygląda na osobę lubiącą tego rodzaju rozrywkę. Zadziwia mnie. Coraz bardziej.
Spojrzałam na sukienkę i podziękowałam chłopakowi cicho,kiedy wychodził z pokoju.
Moja dłoń powoli przejechała przez delikatny materiał sukienki.
Uśmiechnęłam się czując szczęście. Czułam się o wiele lepiej.
Dzięki niemu.

~~~~~~~~~~~~~~~

O 20 rozległo  się pukanie do drzwi. Miałam na sobie piękną,  połyskującą suknię, która zostawiała za sobą delikatny ogon, szpilki sprawiały, że byłam wyższa, a sukienka układała się jeszcze lepiej. Stałam  przed lustrem patrząc na siebie.
Spojrzałam na odbicie Justina, a wtedy zaparlo mi dech w piersi.
Ubrany w granatowy garnitur, który idealnie opinal jego mięśnie wyglądał pysznie. Strasznie atrakcyjnie. Mm.
Na jego szyi pod kołnierzykiem koszuli widniała czarna mucha z granatowym obramowaniem.  Justin podszedł do mnie od tyłu, a nasze spojrzenia spotkały się na naszych odbiciach w lustrze. 
- Pięknie wyglądasz. Nareszcie masz te swoje rumience.- szepnął i delikatnie ucalowal moje ramię. 
- Dziękuję... Dziękuję za wszystko. - powiedziałam delikatnie i z uśmiechem.
- Chodź. Poznam cie z chłopakami. Kolacja stygnie.
Chwycił moją dłoń i udaliśmy się do windy, która zaprowadziła nas do przestronnej restauracji z kryształowymi żyrandolami. 
Kiedy znaleźliśmy się przy stoliku wyznaczonym przez kelnera Uśmiechnęłam się widząc sympatycznie wyglądających chłopaków.
- Mad, to Bruce, a to Peter.  Kumple  po fachu.-powiedział z uroczym chłopiecym śmiechem. 
- Jestem Madison. - powiedziałam cicho nadal będąc trochę skrępowana.
Nagle Justin przybliżył się do mnie i szepnął do mojego ucha.
- Rozluźnij się.  Jesteś piękna.

_____________________

Mamy!
Ah. Nasz zmienny Justin.
Wyobrażacie go sobie w tym garniturze? Mm. 

A właśnie. Cały wieczór słucham tak optymistycznej  piosenki. Polecam. Od razu lepszy humor.
Jonsi, John Powell - Where No One Goes.
http://m.youtube.comwatch?v=fh_doTIrFRo

Oh.  Uwielbiam. Z mojego ukochanego filmu, ostatnio. Tak. Uwielbiam bajki. No cóż. 

#love
Ann.

środa, 25 lutego 2015

22. " He shot himself "

Madison's POV :

Poczułam jak ktoś zbliża się do mnie i szepcze mu do ucha.
- Madison, obudź się. Jesteśmy już na miejscu.
Zerwalam się szybko w panice i zaczęłam krzyczeć. Moje dłonie powędrowały na twarz zakrywajac ją, a z moich oczu wciąż kaskadami spływały łzy, które gromadziły się pod moimi powiekami od ponad miesiąca.
- Zostaw mnie! Przestań to robić!- krzyczałam głośno.
W pewnej chwili poczułam jak ktoś chwyta mnie za nadgarstki i łagodnie odsuwa moje dłonie od twarzy.
- Shh, shh. Madison to ja, Justin. Jesteś już bezpieczna. - szepnął delikatnie mnie do siebie przytulając i gladzac moje plecy. Zaczęłam płakać nie wiedząc co zrobić. Z moich ust ulatywały przeróżne słowa, o których nie miałam nawet pojęcia. To wyglądało tak jakbym majaczyła.
To prawda, mogłam być chora, ponieważ w tym pokoju, w którym mnie przetrzymywano nie było żadnego ogrzewania. No. Sporadycznie je włączano. Zadrżalam delikatnie, kiedy Justin wziął mnie na ręce i wyniósł z samochodu. Prawdę mówiąc to nie spodziewałam się tego, że Justin przyjedzie po mnie na zupełnie inny kontynent. A może nadal chce pieniędzy mojego ojca. Nie wiedziałam tego.
Chłopak niósł mnie na rękach aż do pokoju,gdzie położył mnie na dużym łóżku. Kiedy zamierzał odejść szybko powiedziałam.
- Justin. Nie zostawiaj mnie.
Na te słowa chłopak szybko położył się obok mnie i okrył kocem jeszcze szczelniej. Tak jakbym nie była już dość okryta. Jego dłoń delikatnie powędrowała na mój policzek. Wiedziałam, że nie zrobi mi krzywdy, dlatego pozwoliłam mu dotknąć mojej skóry.
- Dzisiaj przyjdzie lekarz, żeby cię przebadać. Sprawdzić czy wszystko w porządku. - powiedział, ale ja nie słyszałam dalszej części jego wypowiedzi.
Wstałam z łóżka i stanęłam w oknie, na co Justin zerwał się szybko i stanął za mną. Odwróciłam się w jego stronę.
- Chcę zadzwonić do taty - powiedziałam cicho i żałośnie.
Justin spojrzał na mnie ze zrozumieniem i wyciągnął telefon następnie mi go podając. Drzacymi rękami wbiłam na klawiaturze numer telefonu do mojego ojca i zadzwoniłam.
Usłyszałam szmer po drugiej stronie. Może to przez tą odległość.
- M? - usłyszałam głos mojego ojca. Czy on był... pijany?
- Halo? - zaczęłam powoli.
- Halo. - odpowiedział.
- Tato. To ja Madison. - powiedziałam łagodnie.
- Pieprzony dowcipnisiu. Moja córka nie żyje! - krzyknął, a po chwili usłyszałam jego cichy szloch, który sprawił, że moje serce łamało się na milion drobnych kawałków.
- Tatusiu...
W tym momencie ja się rozpłakałam.
- Przyjedź tu po mnie. Jestem w Oslo.. w Norwegii. Tatusiu. Zabierz mnie stąd - zaczęłam szybko wypowiadać te słowa bojąc się ze cos zaraz może przerwać naszą rozmowę.
- Mad? Z czyjego telefonu dzwonisz?
- Jestem tu z Justinem, chłopakiem,którego poznałam jakiś czas przed tym wszystkim. Znalazł mnie. Pomógł mi. Tato... jestem mu wdzięczna. Pomógł mi.
Justin naprawdę mi pomógł. Pomógł mi. Nie mógł więc już mieć takich planów co do pieniędzy mojego ojca. Usłyszałam jak chłopak wciąga powietrze nosem stojąc tuż za mną.
- Madison. Ty żyjesz..
- Tak tato. Tylko dzięki niemu.
- Wylece z samego rana. Za kilka godzin będę na miejscu. Kocham Cię Madison. Jezu Chryste. Ty żyjesz. Jezu.
- Będę czekać na twój telefon. A teraz... chciałabym podziękować Justinowi.
- Dobrze. Nie pakuj się w żadne kłopoty. Siedź i czekaj tam na mnie.
- Tato.. weź jakieś czyste ubrania dla mnie. Ponieważ... em.
- Nic już nie mów , Mad. Idź odpocząć. Bądź ostrożna. Uważaj na siebie.
- Dobranoc tato.
- Dobranoc.

Rozlaczylam się podając po chwili telefon chłopakowi. Patrzyłam w jego oczy długo nie mogąc się nawet odezwać.
- Przepraszam.. - powiedział Justin, na co ja otworzyłam usta w szoku.
Jak to? Za co on mnie przeprasza?
- Gdyby nie ja, nigdy cos takiego by się nie wydarzyło. Madison. Jest mi tak przykro,że coś takiego spotkało akurat ciebie. Postaram się to naprawić, obiecuję.
Justin mówił tak szybko, że ledwo co zrozumiałam o co mu tak naprawdę chodzi.
- Justin. Dziękuję. - powiedziałam cicho i nieśmiało przez co na moich policzkach pojawił się delikatny rumieniec który parzył moją skórę.
Chłopak zmarszczyl brwi będąc zdezorientowany moimi słowami. Tak jakby ktoś wybił go z jakiegoś tropu. Jakby analizował to co powiedziałam.
- Nie rozumiem - odpowiedział w końcu.
- Dziękuję, że przyjechałeś tu.. zabrać mnie z tego piekła.
Spuscilam głowę w dół, ale Justin chwile później podciągnął ją do góry patrząc mi w oczy.
- Nie mogłem pozwolić na twoją krzywdę. Nie mogłem pozwolić na to, żeby Twoja nieobecność skrzywdziła mnie.
Na tę słowa moje usta rozchylily się delikatnie. Czy Justin uważa, że to, że mnie przy nim nie ma może go skrzywdzić? What?
- Nie pozwól mi już dłużej czekać na Ciebie.
Patrzyłam w jego źrenice nie wiedząc co powiedzieć.
- Justin.. - szepnęłam.
- Kocham Cię, Madison. Obiecuję, że nikt więcej cię już nie skrzywdzi. Już nigdy. - odpowiedział, a jego kciuk przesunął się po moich popękanych wargach. Mój język podążył śladem jego palca w celu zwilżenia ust. Jego twarz była coraz bliżej mojej, jego pełne wargi zbliżały się z każdą sekunda coraz bardziej do moich. Westchnelam cicho bojąc się jego dotyku i odsunęłam się od jego ciała. Przygryzlam warge i skierowałam się do łazienki. Była duża i bardzo elegancka. W stylu mojej mamy.
Wtedy właśnie przypomniałam sobie słowa mojego ojca.

- Słuchaj Madison.. Powiem ci tyle co możesz wiedzieć.. - zaczął. - Odwiozłem twoją mamę na lotnisko, bo ma dzisiaj swój służbowy wyjazd. Kiedy weszliśmy na lotnisko czekał na nią mężczyzna z dzieckiem... 5- letnim chłopcem z śródziemnomorską uroda.
Moje serce się zatrzymało. Ciśnienie mi podskoczyło. Nie znałam dalszej części opowieści, ale domyślałam się jak ona wygląda. Nie odzywajac się czekałam aż tata skończy opowieść..
- To syn i partner twojej mamy, wiesz? Zdradziła nas... i mnie i ciebie. Przez ponad 8 lat ukrywała to w tajemnicy. A sama była zaskoczona kiedy zobaczyła ich dwóch na lotnisku.

Rozejrzałam się po pomieszczeniu myśląc o tym jak bardzo mama byłaby zadowolona z tego wystroju. Z tego szyku i elegancji. Ona sama była... elegancka i taktowna. Uporządkowana. Eh.
Wszystkie wydarzenia z ostatniego miesiąca zaczęły do mnie wracać. Spadały na mnie jak tona cegieł.

- Jesteś najgorętszą dziewczyną w tym mieście, shawty- mruknął Justin i schował twarz w moją szyję delikatnie łaskocząc mnie w twarz swoimi włosami. Czułam mokre pocałunki u podstawy szyi co sprawiło, że zakrztusiłam się powietrzem. 
Moje ciało zaczęło mnie zdradzać. Wychodziło naprzeciw jego pieszczotom zamiast uciekać od nich. Przecież wcale go nie znałam, powinnam uciekać jak najdalej tylko mogę i ile tylko mam sił w nogach. 
Całował mnie tak łagodnie, czule i zachłannie. To była mieszanka wybuchowa. Czułam jak moje nogi uginają się pod moim ciężarem robiąc się miękkie jak z waty.Chciałam chwycić się jego ramion, aby utrzymać równowagę, ale nie mogłam, ponieważ mocno trzymał moje ręce dociśnięte do mojego ciała.

Rozchyliłam usta myśląc o tym wszystkim, co przychodziło mi do głowy. Za bardzo chciałam to wszystko przeanalizować. Później to wszystko zdwoiło swoją siłę, kiedy do mojej głowy wracały stare wydarzenia.

Weszłam do klubu i usłyszałam echo niosące się po całym dużym pomieszczeniu klubu. Wytezylam słuch i zorientowałam się ze są to jęki dwojga ludzi uprawiających seks. Podeszłam dalej i zobaczyłam Justina, a na nim jakąś czarnowłosą dziewczynę.
- Widziałam cię z inna- warknęła do Justina. A ja zmarszczyłam brwi nasłuchując.
- Potrzebuje jej dla pieniędzy jej ojca- odwarknął groźnie.
W tym momencie dziewczyna zmieniła pozycję siadając na chłopaku i zaczynając się poruszać na nim.
Chciało mi się płakać. Wymiotować i zniknąć.
- Jak zamierzasz to zrobić?
- Uwieść, ładnie poprosić, dać nadzieję. Jak dostanę pieniądze szybko wyjadę z kraju, żeby zakończyć jedna sprawę.
Po chwili zaśmiali się głośno, a ja zakryłam usta dłonią, żeby nie zacząć płakać.
W tym momencie Justin spojrzał w moja stronę, a nasze spojrzenia się spotkały.
W tym momencie wybiegłam z klubu z płaczem.

W tym momencie upadłam na podłogę i zaczęłam płakać. Moje uczucia zaczęły się mieszać. Byłam zmieszana i zagubiona. Na szczęście Justin wyszedł z pokoju, ponieważ nie słyszałam niczyjej obecności za drzwiami łazienki. Powoli się podnioslam i spojrzałam w lustro.
Po jednej stronie łazienki stała pozłacana umywalka, a nad nią zawieszone było lustro. Natomiast na ścianie naprzeciw zawieszone było lustro sięgające od podłogi do sufitu. Zobaczyłam moje ciało w poszarpanym body, siniaki na udach i malinki na dekolcie i szyi. Podeszlam do dużej wanny i zaczęłam nalewac gorącej wody. Powinnam zmyć z siebie cały ten brud, wszystkie zarazki jakie przeszły na mnie od tych mężczyzn. A przede wszystkim powinnam sprawdzić czy. .. jestem w ciąży. Zdjęłam z siebie body.  Zamknelam oczy wchodząc do gorącej wody i czując jak piecze mnie skóra.
Poziom wody z minuty na minutę coraz bardziej się podnosił. Zamknęłam oczy i zaczęłam się zsuwac po ścianie wanny zanurzajac się coraz bardziej w wodzie. Stopniowo pod wodą zniknęła moja broda, nos, oczy,czoło, aż w końcu zanurzylam się cała. Czułam jak zaczyna mi brakować powietrza, ale nie chciałam się wynurzyć. Tutaj było tak dobrze. Czułam jak zaczyna mi się kręcić w głowie, aż w końcu przestałam czuć cokolwiek.
Ciemność i cisza. Nic poza tym.
- Madison! Madison, kurwa!
Nagle poczułam silne wyszarpanie mnie z wody i to jak ktoś bierze mnie na ręce kładąc na podłodze.
- Madison !
Justin. Krzyczacy i spanikowany Justin.
- Obudz się. Otwórz oczy, proszę, kochanie.
Słyszałam jego ciężki oddech i to jak przeklina pod nosem. Jego dłonie gladzily mnie po włosach.
Potrząsnął mną delikatnie.
Powoli otworzyłam powieki wpatrując się w niego. Był tak piękny, jego oczy o odcieniu karmelu wpatrywaly się we mnie z troską i zmartwieniem. Rozchylilam usta oddychając delikatnie, starając się nie podrażnic płuc od podtopienia.
- Madison. Coś ty wymyśliła? - powiedział Justin zmartwionym głosem.
- Justin... Nie mogę już, nie chcę już żyć. Zabij mnie- powiedziałam łapiąc go za dłoń i mocno całując, a później mówiłam w skórę na jego dłoni. - Wiem, że masz broń. Proszę.
- Dlaczego chcesz mnie zostawić? - zapytał zaciskajac szczękę.
- Justin. Zabij mnie. Nie chcę już żyć. Nie chce!
Justin sięgnął wolną dłonią za siebie i wyjął ze spodni pistolet. Naładowany? Puścił moją dłoń i wstał wychodząc z łazienki.
Próbowałam szybko się podnieść, ale nie mogłam od mojego pomysłu w wannie. Zaczęły boleć mnie płuca.
- Justin! Justin, stój! - krzyknęłam, a w tym momencie poczułam kłujacy ból w klatce piersiowej.
Z trudem wstałam na nogi i zaczęłam iść w stronę drzwi. Kiedy wyszłam z łazienki upadłam na podłogę nie mogąc juz stać od bólu w płucach. Uniosłam głowę i zobaczyłam otwarte drzwi na balkon. Na zewnątrz było ciemno, wiec nic nie widziałam.
- Justin... - szepnęłam.
Czy Justin skoczył? Czy po prostu otworzył, żeby przewietrzyc.
Nagle usłyszałam strzał. Głośny wystrzal z pistoletu dochodzący od strony balkonu. Rochylilam usta, a moje serce zamarło.
- Justin... - szepnelam zaczynając płakać.
Zastrzelił się.

________________________

Co myślicie o tym rozdziale?
Czekam na asku i tt, misie. ♥

#love
Ann.

21. " Room no. 1016 "

Proszę o komentowanie opowiadania i o aktywność na asku i twitterze.

CZYTASZ= KOMENTUJESZ !!!

Milej lektury ♥

_______________________

Justin's POV :

W momencie, gdy zobaczyłem jak ten kutas bawi się Madison i jak jego pieprzone ciało leży na niej moja krew zaczęła wrzeć. Cały byłem rozgrzany do czerwoności,co nie pozwoliło mi myśleć racjonalnie. Ale kiedy miałem Madison obok siebie śpiącą spokojnie na moim ramieniu oddychałem spokojnie.
- Powiesz jej o tym co zrobiłeś Spencerowi? - zapytał Bruce spoglądając na mnie w lusterku wstecznym. Co jakiś czas zmieniał się z Peterem za kółkiem, żeby oszczędzać siły na szybkie zorganizowanie powrotu do kraju. Nie spalismy przez kilkanaście godzin ze względu na szybką chęć odnalezienia Madison. Na szczęście była już obok mnie, bezpieczna.
Spojrzałem na Bruce'a a następnie wyjrzalem za przyciemnianą szybę samochodu.
- Nie - odpowiedziałem zaciskajac szczękę.

-flashback -

Zszedlem na dół szukając drzwi mogących prowadzić do piwnicy tego pieprzonego domu.
- Peter! - krzyknąłem chcąc nawiązać jakikolwiek kontakt. 
- Tutaj Bieber!
Ruszyłem w kierunku, z którego wydobywał się głos. Zszedłem po schodach w dół. Pomieszczenie było ciemne, a obskórne ściany dodawały grozy . Czułem się jak w jakimś horrorze, tylko że moje życie jest horrorem. Od najwcześniejszych lat mojego życia.
W cieniu dojrzałem Bruce'a stojącego przed Spencerem przywiązanym do krzesła jakąś liną. Uśmiechnąłem się zlowrogo patrząc na pochyloną głowę mężczyzny.
W rogu pokoju stał Peter obserwujący całe pomieszczenie z zaciekawieniem. Zapewne cos zauważył. Wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów i wyciągnąłem jednego następnie odpalajac. Podszedłem do Spencera i Uśmiechnąłem się drwiaco.
- Pamiętasz mnie jeszcze, Spencer? - zapytałem cicho, na co on szybko uniósł swoją głowę, żeby zobaczyć z kim ma do czynienia.
- Bieber, ty nieudolny szmaciarzu.
Nie zdążył dokończyć ponieważ prawą dłonią szybko wymierzyłem cios w jego nos. Uśmiechnąłem się słysząc jak jego kość nosowa pęka.
- To było pytanie retoryczne. A teraz do rzeczy. - powiedziałem spokojnie zaciagajac się papierosem. - Co, kurwa, myślałeś, że robisz?
- Pieprzyłem twoją dziwkę. - powiedział gorzko.
Chwyciłem go za koszulkę i popchnąłem przez co jego głowa z impetem uderzyła w ścianę.
- Słuchaj mnie, pierdolony kutasie. - warknalem nisko kucając przy nim.- Jesteś jebaną ciotą, skoro próbujesz mnie dostać przez porwanie dziewczyny. Nie łatwiej było rzucić wyzwanie, czy jesteś aż taką pizdą? Zaczekaj... - unioslem teatralnie dłoń w górę - nie musisz odpowiadać. Doskonale o tym wiem.
Wstałem i obszedłem dookoła jego ciało leżące na podłodze, a dodatkowo przywiązane do krzesła. Kopnąłem go w żebra a po chwili w głowę. Wyrzucił z siebie okrzyk bólu, na co ja Uśmiechnąłem się w satysfakcji. Robiąc kolejne okrążenie kopnąłem go w jaja. Próbował zwinąć się w kłębek od bólu, ale lina, którą był przywiązany uniemożliwiła jakiekolwiek ruchy. Chłopcy spisali się jak zawsze.
-No dobrze. - mruknąłem w zastanowieniu dopalając papierosa.
- Podnieś go - rozkazalem Bruce'owi. Mężczyzna szybko go podniósł, a moim oczom ukazał się ból wymalowany na twarzy Spencera. Zgasilem papierosa na jego ramieniu przepalajac materiał jego koszulki i kawałek skóry. Spencer krzyknął głośno.
- No dobrze, to porozmawiajmy chwilę. - powiedziałem rozglądając się po pomieszczeniu. Zobaczyłem pogrzebacz do pieca w wiadrze obok rozżarzonego węgla. Do głowy wpadła mi pewna myśl. Dosyć okrutna.
- Jednego dnia pijesz ze mną whiskey w klubie, palisz ze mną zioło, a następnego jesteś w spółce z Adamsem. Mama nie uczyła cię, żeby nie robić interesów na dwa fronty? Nie informowała o konsekwencjach? Słuchaj mnie uważnie, ogromną radość sprawi mi obdarcie cię ze skóry. Nie będę miał dla ciebie litości, nie będę łagodny i nie będę słuchać twoich błagań. Wiem, jak wielką przyjemność sprawiało co krzywdzenie tej biednej dziewczyny, dlatego ja będę czerpał przyjemność z twojego cierpienia. Będę kochał każdą sekundę tego jak powoli będziesz umierał. Powoli i boleśnie. Zapewniam ci to.
W tym momencie rozgrzany pogrzebacz wylądował na policzku Spencera. Jego krzyk był jak miód dla mojego serca. To były tak wspaniale dźwięki.
- Jak długo wspolpracujesz z Adamsem? -spytałem unosząc pytajaco brew.
Milczy. Ponownie go podpaliłem.
- Pieprz się. Nic ci nie powiem.- odwarknął.
- Ktoś tu nie wie jak się zachować- powiedziałem przykladajac pogrzebacz do drugiego policzka.
Bruce zniecierpliwiony tą zabawą rozerwal mu koszulkę.
- Dzięki,bro.
Dopóki metal pozostawał gorący przyłożyłem go do ciała chłopaka. Zasmislem się słysząc jego krzyk.
- Gdzie twoi kumple? Zostawili cię?
- Pieprz się.
Spojrzałem na niego z uśmiechem, który pokazywał jak daleko zaszedlem.
- Czas na gwóźdź programu! Teraz zobaczymy jak życie Johnego Spencera się kończy! - krzyknąłem bijąc brawo, na co Bruce i Peter zaczęli się śmiać razem ze mną.
- No dobrze chłopcy. Czy mamy tu coś ciekawego? - powiedziałem groźnie szukając po pokoju.
Nagle dostrzegłem siekiere oraz karnister z benzyną nalaną do połowy pojemnika. Chwyciłem w prawą rękę siekierę, a w lewą karnister i ustawiłem przed chłopakiem.
- To zaczynamy zabawę- powiedziałem łagodnie. Rozerwalem koszulkę chłopaka i owinalem ją dookoła jego głowy.
Następnie duży fragment materiału zamoczylem benzyną i wsunalem do jego ust blokując ją cienkim paskiem materiału którym miał owinięta głowę.
Następnie zamachnąłem się siekierą kilkakrotnie celujac wprost w jaja Spencera. Z jego ust wydobył się krzyk zbliżony do pisku.
- Bruce - kiwnalem głową na Bruce'a na co wyjął zapałki i odpalił jedną pocierając o siarkowy bok pudełka. Zbliżył płonącą zapalkę do szmaty nawilżonej benzyną, a w odpowiedzi materiał zaczął się palić jaskrawym płomieniem.
- To twoja ostatnia lekcja, Spencer.
Powiedziałem groźnie, a następnie wylałem całą zawartość benzyny na jego ciało.
- Spalisz się tak szybko jak zacząłeś igrać z biznesem.
Po tych słowach wyszliśmy z piwnicy słysząc głośne krzyki i piski Spencera, który palił się żywcem.

- flashback-

Należało się temu kutasowi. To jego nauczka za to, jak potraktował Madison. Spojrzałem w stronę jej drobnego ciała. Było całe poobijane, posiniaczone, ponaznaczane. Ostatni miesiąc był dla niej koszmarem.
Współczułem jej tak bardzo, że nie wiedziałem co zrobić. Nie mam pojęcia jak mogę jej pomóc poza wywiezieniem jej z Norwegii i odwiezieniem do domu, do ojca, z którym będzie bezpieczna.
Miałem poczucie winy, że spotkało ją tak wiele nieszczęścia tylko dlatego, że zadawala się ze mną.
Jeżeli chodzi o mnie... ostatni miesiąc był najgorszym w moim życiu, nigdy tak bardzo się nie obawiałem. No może z wyjątkiem nocy, kiedy ruszyłem w poszukiwania mordercy mojego ojca. Obawiałem się rozczarowania samym sobą.
Po długiej podróży w końcu znaleźliśmy się w Oslo. Na niebo naszła czarne chmury idealnie obrazując mój humor. Do tego jeszcze błyskawice powinny   rozświetlać niebo. Tak. Jestem wkurwiony.
Odrzuciłem na bok moje zdenerwowanie i pochylilem się delikatnie nad uchem Madison.
- Madison. Jesteśmy na miejscu - szepnalem delikatnie potrzasajac ramieniem dziewczyny. Madison szybko odskoczyla w drugi koniec samochodu i zasłonila twarz dłońmi wpadając w drgania.
- Zostaw mnie! Przestań mi to robić! Przestań! - krzyczała na cały głos.
Usiadłem bliżej niej i chwycilem jej poranione nadgarstki odsuwajac od twarzy. Z jej zamkniętych oczu płynęły łzy .
- Shh, shh. Madison to ja, Justin. Jesteś bezpieczna. Nikt nie zrobi ci krzywdy. - powiedziałem spokojnie delikatnie ja obejmując. Czule gładziłem jej plecy w celu ukojenia jej nerwów. Przed nami ciężka droga. Droga pod górę żeby wszystko wróciło do normy. Czując jak delikatnie ją przytulam dziewczyna wpadła w moje ramiona zaczynając głośno płakać. Rozpadała się na milion kawałków na moich oczach, a ja nie wiedziałem co zrobić.
- Madison. Tak bardzo się bałem. - wyszeptalem szczerze.
Bylem przerażony,kiedy zobaczyłem wiadomość o tym, że została porwana.
- Musisz się owinąć w koc. Zaniosę cię do twojego pokoju w hotelu. Prześpimy jedną noc, a później wrócimy do Nowego Jorku. Jesteś już bezpieczna. Słyszysz?
Za każdym moim słowem Madison kiwala posłusznie głową. Zmarszczylem brwi. Czy oni kazali jej na wszystko się zgadzać?
- Justin... - zaczęła Madison.
Odezwala się może po raz drugi od kilku godzin. Podałem jej koc żeby się przykryła, a następnie wsunąłem ręke pod jej kolana, a druga trzymałem na plecach.
- Wszystko będzie dobrze. Jestem z tobą.
- Mhm. - mruknela Madison opierając głowę o mój obojczyk, kiedy wyszedłem z samochodu zamykając za sobą drzwi. Nacisnalem przycisk na kluczach od samochodu, a ten zamknął się wydając charakterystyczny dźwięk piknięcia. Wszedłem do hotelu, który wewnątrz wyglądał jeszcze bardziej luksusowo niż na zewnątrz. Był bardzo... przytłaczający jak dla mnie. Zauważyłem Petera stojącego przy recepcji i patrzącego na mnie ze zrozumieniem. Ludzie będący w hotelu dziwnie patrzyli na to jak niosę na rękach dziewczynę wtuloną w koc.
- Czy potrzeba państwu pomocy? - zapytała recepcjonistka płynną angielszczyzną. Miała włosy upięte w kok i nienaganny makijaż.
Spojrzałem na Madison na moich rękach.
- Może wezwać lekarza? - kontynuowała blondynka.
- Tak, poproszę. Do pokoju...
- 1016. - dokończył za mnie Peter.
Recepcjonistka uśmiechnęła się przyjaźnie zapisując wszelkie informacje. Po chwili uniosła się, żeby spojrzeć na mnie i Madison.
- Zaraz skonsultuję się z tutejszym szpitalem. Poproszę lekarza,żeby zjawił się jak najszybciej.
- Do zobaczenia- powiedziałem ruszając w stronę  pokoju, w którym zameldowana była Madison.
Tak naprawdę na ostatnia chwilę wybajelismy te pokoje, ponieważ byliśmy święcie przekonani, że jedyne co tam zostaniemy to popieprzonego Adamsa i martwą Madison. Wzdrygnąłem się na tę myśl. 
Otworzyłem drzwi do pokoju dziewczyny elektroniczną kartą z pozłacanym numerem 1016. My z chłopakami mamy pokój 1017. Tuż obok.
Zapewne zastanawia was skąd mamy pieniądze na taki hotel i jakim sposobem udało się tak szybko załatwić lot i hotel w centrum Oslo. Otóż.. mam stałego klienta kupującego towar za grube pieniądze. Zapewnił mnie, że w razie problemów wyciągnie mnie z tego gówna w jakim się znalazłem, bez znaczenia jak chujowo będzie. Teraz nadarzyła się taka okazja.
Wchodząc do pokoju zamknąłem za sobą drzwi nogą. Położyłem Madison na dużym dwuosobowym łóżku i wstałem, żeby podejść do okna.
- Justin. Zostań ze mną... - szepnęła boleśnie.
Położyłem się obok niej i przykryłem szczelnie ciepłym kocem, który zdążyłem zabrać z domu.
- Wszystko będzie dobrze. - powiedziałem.
Madison spojrzała na mnie spod spuchniętych powiek, na co ja Położyłem swoją dłoń na jej policzku. Delikatnie się Wzdrygnęła, ale pozwoliła mi na dotykanie jej policzka. To i tak naprawdę duży postęp.
- Dzisiaj przyjdzie do ciebie lekarz. Przebada cię i oceni czy wszystko w porządku.
Madison nic nie odpowiedziała. Patrzyła na mnie tępym wzrokiem, a po chwili wstała z łóżka wywijajac się z koca. Miała na sobie body,  które pięknie pokazywało jej kształty, ale także rany, siniaki i inne ślady, które szpecily jej ciało. Ale pomimo tego nadal była piękna. Ciągle zapieralo mi dech w piersiach, kiedy ją widziałem. Wstałem za nią, żeby asekurować jej ciało.
- Chcę zadzwonić do mojego taty.... - powiedziała cicho, na co ja spojrzałem w jej oczy przepełnione bólem.
- Oczywiście- powiedziałem cicho wyjmujac iPhone'a z kieszeni spodni. - Proszę.
Podałem jej swój telefon. Madison wypowiedziała ciche "Dziękuję "i z drżącymi dłońmi wybiła numer do ojca.
Bylem ciekawy przebiegu spraw. Wciąż stałem za nią, żeby asekurować jej osłabione ciało.
- Halo? - odezwała się Madison przez telefon, a ja przypatrywalem się ludziom chodzącym po norweskich ulicach.

________________

Koniec rozdziału. :)
Jak się podoba?

Ask → KLIK
Twitter→ @eternalloveff

#love.
Ann.

sobota, 21 lutego 2015

20. " I was scared "

Madison's POV :

Dni mijały powoli. Mój stan fizyczny był okropny, psychiczny jeszcze gorszy.
Miałam mnóstwo siniakow i śladów od starych przeciec na skórze.
Sytuacja poprawiła się o tyle, że mogłam wyjść do łazienki, kiedy tylko potrzebowałam i się umyć.
Moje włosy zostały związane w warkocz, a od tego, że nie czesalam ich codziennie stworzyły się w nich supły.
Bałam się patrzeć na siebie w lustrze w łazience.
Miałam trzy obowiązki... chodzić ubrana tak jak oni chcą, nie nakładać dolnej bielizny i być gotowa na każdą seksualną zachciankę. Moje pośladki były czerwone od ciągłych uderzeń, a na nadgarstkach widniały sine ślady od kajdanek, węzłów i innych dupereli.
Siedziałam na łóżku rozmyślając o tym, co zrobić, żeby ukrócić swoje męczarnie. W tym momencie do pokoju wszedł John Spencer.
Szybko wstałam na nogi i spuściłam głowę jak zbity pies. Słyszałam jego powolne kroki, kiedy podchodził w moją stronę. Stanął przede mną i ujął w dłoń moja brodę tak żebym spojrzała w jego oczy.
- Jesteś już martwa, wiesz o tym? - szepnął groźnie zaciskajac palce na mojej twarzy.
Moja krew zaczęła krążyć szybciej, a serce waliło szalone jak młot. 
- J-jak to? - odpowiedziałam żałośnie cicho, a z mojego gardła wydobył się ochrypnięty głos.
- Napisaliśmy anonimowy list do twojego ojca z informacją, że popełniłaś samobójstwo.
- Sądzisz, że mój ojciec jest głupi, żeby w to uwierzyć? - warknelam patrząc w zimne oczy chłopaka.
- Skoro podali taką informację w prasie to raczej tak.
Odepchnelam chłopaka od siebie. To wszystko mnie przerosło. Skoro nie miałam już nic do stracenia to mogłam spokojnie zaryzykować nawet swoim życiem. Moje uderzenie było na tyle silne, że zaskoczony chłopak wpadł plecami na drewnianą szafę stojącą za nim.
Rzuciłam się do ucieczki.
Adrenalina podskoczyła w niebezpieczny sposób,kiedy zobaczyłam drzwi wyjściowe. Skąd wiedziałam, że to właśnie te? Masa obserwacji z okna pokoju,w którym mnie przetrzymywano.
Nacisnęłam na klamkę i szybko wybiegłam z domu. To co z tego, że byłam ubrana w body i krótkie spodenki. Nie zdążyli mnie za to ukarać, tak jakby to zrobili zanim zdążyłabym uciec.
W okolicy domu nie było nic oprócz wysokich traw i porozrzucanych domów w odległości conajmniej 10 kilometrów. Dom stał na wzgórzu, dlatego widok był idealny. Powietrze było zdecydowanie chłodniejsze niż to w Nowym Jorku. 
Ale to wszystko było najmniej ważne. Wbieglam w wysokie trawy uciekając przed chłopakiem, który wściekle mnie gonił. W tym momencie rozpoczął się las, uciekałam ile tylko miałam sił w nogach.
Słyszałam głośne kroki goniacego mnie Spencera , które powodowały, że mój bieg stawał się jeszcze bardziej dynamiczny niż chwilę wcześniej.
- Jak cię dorwę to obedrę cię ze skóry kurwo! - krzyknął, a drzewa poniosły odbity dźwięk jeszcze dalej.
Byłam przerażona. Grunt to wydostać się z tego pieprzonego lasu.
Nagle upadłam przodem na rozmokłą ziemię, a moje ciało było pokryte błotem.
- Tylko nie to, Boże, tylko nie to- szepnęłam do siebie próbując szybko podnieść się na nogi, jednak coś przytrzymało mnie w dole. Moje oczy powędrowały do góry i spotkały rozwscieczone spojrzenie Spencera.
Moje ciało zaczęło drżeć w obawie przed tym co zaraz miało się zdarzyć. Widziałam jak chłopak poluzowuje pasek od spodni,aż w końcu go wysuwa ze szlowek.  Dłoń z paskiem powędrowała za jego ciało, a następnie skórzany pas spotyka się z moim ciałem.
Kurwa, jak boli!
Odwróciłam się szybko i skulilam żeby ochronić się jak tylko mogłam.
To nic nie dało.
Uderzenie za uderzeniem, nic pomiędzy. Żadnego słowa,krzyku, płaczu. Leżałam skulona w błocie i czekałam aż skończy.
-Nigdy więcej nie waz się uciekać! Jesteś kurwa moja, dziwko! -krzyknął, a chwilę później podniósł mnie tak żebym stanęła przed nim. - A teraz... wrócimy do domu i będę cię pieprzyl tak długo aż się nie uspokoje ..
Moje ciało zesztywnialo. Dlaczego to nie może się skończyć? Dlaczego Bóg nie może zabrać mnie stąd raz na zawsze?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Kiedy znaleźliśmy się w "domu " zostałam przywiazana do łóżka. Nie patrzyłam na to co się dzieje, bo nie mogłam juz znieść widoku swojego ciała i tego jak bardzo zostało oszpecone. Nigdy nie było piękne i perfekcyjnie, pozostawało dużo do życzenia, ale było zadbane i czyste. Żadnych naznaczen, przeciec , siniakow. Teraz było szpetne i brzydzilam się samej siebie.
Nie wiem jak długo to trwało, ale chłopak był nade mną i gryzl i poniewieral moją skórę. Zaczęłam się wiercić i piszczec.
Zapewne zapytacie Dlaczego wcześniej na to pozwalałam. Otóż dzisiaj otrzymałam szansę na ucieczkę i cała nadzieja na odzyskanie wolności znowu zapaliła się w mojej głowie.
Nagle w domu rozległ się huk. Strzał czy coś w ten deseń.
- Co do chuja - warknal Spencer, w momencie kiedy drzwi do pokoju się otworzyły.
O co chodzi? Kolejni do zabawy? Boże, nie..
- Spierdalaj kurwa z niej! - rozległ się krzyk, a chwilę później wystrzał pistoletu. Wzdrygnelam się i zamknęłam oczy.
- Przypomniałeś sobie o swojej dziwce? - odpowiedział Spencer, a następnie zaczął mnie całować. Uciekłam ustami od jego dotyku na co mocno mnie złapał za policzki.
W tym momencie John został ściągnięty ze mnie.
- Wszystko w porządku? - zapytał męski głos. A kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam Justina wpatrującego się we mnie ze współczuciem. - Ty żyjesz.. - dopowiedział po chwili.
- Zabieramy go na korytarz.
Co? Ktoś jeszcze tutaj jest?
- Zaraz do was przyjdę. Peter zabierz go do piwnicy, jeżeli taka jest, a Bruce niech go unieruchomi i zaknebluje.
Jest jeszcze ktoś?! Jezu... nie, nie, nie.
- Madison... Ty żyjesz. - powiedział Justin bez tchu wpatrując się w moje oczy.
Jego dłoń powoli powędrowała na moją twarz, ale zrobiłam szybki ruch,żeby nie był w stanie mnie dotknąć. Nie chciałam niczyjego dotyku na swojej skórze. Nigdy więcej. 
- Przepraszam - wyszeptał prostując się i rozwiązując sznur, którym byłam związana.
- Justin... nie zostawiaj mnie tutaj. -powiedziałam piskliwie.
Jego karmelowe oczy spotkały się z moimi brązowymi. Uśmiechnął się delikatnie i pokręcił przeczaco głową.
- Nie zostawię. Zabieram cię stąd.
Pokiwałam powoli głową i przyglądałam się mu jakby był bóstwem.
Kiedy uwolnił mnie od węzłów uniósł mnie delikatnie żebym mogła usiąść. Jego oczy pociemniały, kiedy zobaczył wszystkie ślady na mojej skórze.
- Zabiję ich, każdego po kolei. - warknął po czym gwałtownie wstał i otworzył drzwi dużej drewnianej szafy. Wyjął z niej koc i podszedł do mnie okrywajac mnie nim.
- Chodźmy. - powiedział i pomógł mi wstać.
Zaczęłam powoli iść jednak po trzech krokach moje nogi stały się bezwładne i upadłam na podłogę.
- Madison.. - powiedział Justin. Po chwili klęknal na jedno kolano i wziął mnie na ręce.
Jęknelam z bólu czując jak podrażnił moje żebra, na których znajdowała się długa rana.
- Przepraszam. Za chwilę będziemy w hotelu.
Oparłam głowę o jego umięśnione ramię czując pewnego rodzaju spokój i bezpieczeństwo. Nagle Justin zatrzymał się i wskazał głową pewien kierunek. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam moje jeansy leżące na drewnianej podłodze.
- To twoje spodnie? - zapytał spokojnie jednak jego jabłko Adama przesunęło się po gardle.
Pokiwalam twierdząco głową, a on sprytnym ruchem nogi podrzucil je tak, że wylądowały na moim brzuchu.
" Nieźle Bieber. Co jeszcze potrafisz? " - moja podświadomość powróciła opalona i zrelaksowana po kilku tygodniowej przerwie. Byłam na nią wściekła,że nawet ona mi nie pomagała przez ten czas.
W końcu wyszliśmy z domu. Kierowalismy się do samochodu.
- Czy będę mógł spytać cię później o kilka rzeczy? - zapytał otwierając tylne drzwi.
- Tak. -odpowiedziałam patrząc na jego twarz. Tak bardzo cieszyłam się, że tutaj jest. Uwierzyłam w to, że zależy mu w pewnym stopniu na mnie..
" Albo na twoich pieniądzach " . Cholerna podświadomość.
Justin pokiwal powoli głową i złożył delikatny pocałunek na moim czole. Pomimo tego jak delikatne to było wzdrygnelam się. Jak długo potrwa mój wstręt do dotyku i widoku swojego ciała?
- Gdzie idziesz? - powiedziałam łapiąc chłopaka za nadgarstek.
- Zaraz wrócę.
Był taki spokojny z zewnątrz, ale widziałam, że wewnątrz niego siedzi coś intensywnego.
Czekałam i czekałam.  A on nie wracał.
W końcu zobaczyłam trzy postaci, jedną z nich był Justin a pozostałych dwóch nie znałam.
- Cześć - odpowiedział wsiadając do samochodu, tuż obok mnie.
- Hej - odpowiedziałam szeptem i spojrzałam w stronę dwóch chłopaków siedzących z przodu.
- To Peter i Bruce. Wspólnie prowadzimy działalność w klubie a do tego pomagają mi w biznesie. - wyjaśnił Justin.
Mój mózg zaczął pracować. Coś mi się nie zgadzało.
- A Spencer i dwóch pozostałych? Widziałam cię z nimi w klubie... wtedy po raz pierwszy... -powiedziałam cicho.
Justin zmarszcyl brwi zastanawiając się przez chwilę. Tak jakby cos analizował w swojej głowie.
- John Spencer i McCoulter byli ze mną wtedy w klubie. Już wtedy coś kręcili.
- A ta dziewczyna?
- Jessica.
Zaraz... czy to nie była ta sama co widziałam jak uprawiał z nią seks i rozmawiał o mojej naiwności?
Nie jesteśmy razem o zapewne nigdy nie będziemy, ale naprawdę zabolało mnie to co zobaczyłam. Bo w pewnym sensie mi na nim zależało. Dobrze, w każdym sensie.
Pokiwalam głową widząc jak jedziemy wąska drogą. Zmarszczylam brwi. W stanach Zjednoczonych nie ma takich dróg.
- Justin?
- Hm?
- Gdzie my jesteśmy?
- Trondheim.
Gdzie? Spojrzałam na chłopaka zdezorientowana.
- Norwegia.
Norwegia?! Dlatego jest o wiele zimniej.
Byłam przekonana, że ten wyjazd będzie na drugą część kraju, ale nie na zupełnie inny kontynent.
- Em... A teraz gdzie jedziemy?
- Do Oslo. Tam mamy zarezerwowany hotel. Skontaktujesz się na miejscu ze swoim ojcem. Sądzę, że powinnaś.
Justin miał rację. Muszę wszystko wyjaśnić.
Po kilkunastu minutach drogi poczułam jak moje powieki stają się ciężkie. Justin przysunął mnie do siebie i objął ramieniem.
- Możesz spać. Obudzę cię, kiedy dotrzemy na miejsce. -powiedział w moją skron, a chwilę później ucalowal delikatnie.
Po tych słowach zapadlam w sen. Spokojny i bezpieczny. Z dala od niebezpieczeństwa.

_____________________

Mamy rozdział.
A jaki dluuuuuuuuugi tym razem. :)
Jak wrażenia? ♥

Ask --> KLIK
Zapraszam.

Kocham was najmocniej.
#love
Ann.